1 szt.

Wpis

wtorek, 03 lipca 2012

Go occupy yourself!

                Tegoroczne Biennale zapowiadało się interesująco. Kuratorem wybrano Polaka, nikogo innego jak Artura Żmijewskiego, jednego z „niepokornych” artystów należących do establishmentu Krytyki Politycznej. Zapowiadało się co najmniej ciekawie, a stanęło na wysoce podejrzanej imprezie firmowanej logo kojarzącym się z sushibarem i wyświechtanym hasłem occupy.   Ale po kolei…



                Centrum dowodzenia stanowił Instytut Sztuki Współczesnej Kunstwerke umieszczony w starej fabryce margaryny w Mitte. Żmijewski upchał w dosyć sporej przestrzeni kilka wystaw i artystów, swoje piętro otrzymał Sławomir Patecki – twórca Chrystusa Świebodzińskiego (sic!), Ruch Odrodzenia Żydowskiego, małe brzozy z Auchwitz, swoje miejsce znalazł także radio anarchistyczne, które okupowało wejście do największej przestrzeni zeskłotowanej przez przedstawicieli „ruchu occupy”.

                Zwalający z nóg misz masz, niestety gdy już się podniesiemy trochę wieje nudą. Rozmowa z rzeźbiarzem ze Świebodzina mimo, iż bardzo miła, nie klaruje co tak naprawdę ogromna głowa Jezusa (w skali 1:1!) robi w centrum Berlina. Jezus okupuje sztukę? Trudno doszukiwać się bardziej złożonych analogii, a raczej zbyt łatwo, jak to bywa w przypadku przyciężkawej tematyki religijnej. Brzozy z Auchwitz, które są rozdawane zwiedzającym w celu rozsiewania po świecie to również rozbrajający suchar i wtórność najwyższej próby. Sytuację nieco ratował wyświetlany obok „Berek” Żmijewskiego, który przewrotnie został najpierw wycofany z biennale, by chwilę później zmartwychwstać dla odwiedzających. Film w prosty, ale niesztampowy sposób, poprzez zmianę kontekstu ukazywał ciężką jak ołów symbolikę Szoah, nudne w nim było tylko ciągłe wałkowanie Żydów, do której to konwencji nawiązywał min. zlokalizowany nieopodal punkt rekrutacyjny Ruchu Odrodzenia Żydowskiego.



                Najgorsze wrażenie pozostawili jednak skłotersi snujący się po przydzielonej im przestrzeni okazjonalnie wycinający mierne stencile, albo gotujący wege żarcie. Wyglądali  jak żywcem wywiani z pobliskiego skłotu Tascheles, którego przemijającą świetność podkreślają częste wzmianki w niemal KAŻDYM przewodniku po Berlinie („idź zobacz, jakich fajnych Berlin ma skłotersów” kurwa mać). Nie-przewodnikowa prawda jest taka, że z tętniącego niegdyś życiem spotu na Oranienburgerstrasse została jedna speluna, dancefloor rodem z horroru i zarzygany kibel, to wszystko oparte na fasadzie złożonej ze sklepów z rzemiosłem „kolorowych ludzi”. Podobnie wyglądała armia Żmijewskiego – anarchozombie w poszukiwaniu zajęcia, aż strach było kogokolwiek ciągnąć za język, żeby nie zostać przygniecionym lawiną banałów i okołolewicowego bełkotu.



                Może zbyt subiektywnie, może zbyt powierzchownie, ale nie mam wyrzutów sumienia. Żmijewski ma opinię manipulatora i specjalisty od autopromocji i biennale można uznać za przejaw tego typu postaw. Z niewielkiej części całej imprezy, którą miałem okazję oglądać, łatwo było wysnuć wniosek, że jedynym elementem spajającym i wartym uwagi była postać kuratora, który umiejętnie dzięki tej imprezie się wypromował. Radykalnej oceny biennale nie zmienią również dane o odwiedzających (przyrost o 30% w stosunku do poprzedniej edycji). Zainteresowanie nie stanowi o jakości.

p.s. zdjęcia ukradzione z pasozyt.blogspot.com

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
hmoltke123
Czas publikacji:
wtorek, 03 lipca 2012 23:39

Polecane wpisy